Jesień to ta pora roku, która od niepamiętnych czasów kojarzyła mi się nie tylko z opadaniem liści z drzew, pierwszymi przymrozkami oraz rozkręcającą się szkolną karuzelą. Niemal od samego początku mojej przygody z komputerem okres poprzedzający zimę wiązał się z kolejną edycją FIFY. Jeszcze przed kilkoma laty to właśnie piłka od EA Sports przykuwała mnie do monitora na długie godziny. Dzisiaj jej miejsce zajął PES, ale nie byłbym sobą, gdybym nie dał „Elektronikom” jeszcze jednej szansy na powrócenie do łask. Tym razem zamknąłem im jednak drogę do swego „blaszaka”, a polem dla manewrów uczyniłem konsolę – PS2. Wystawiona przeciwko mnie broń nosiła nazwę FIFA 07, a ja starałem się zrobić wszystko, by się jej poddać…
Wprowadzające nas do gry intro to krok w tył. Po raz n-ty oglądamy zmontowany naprędce, kilkudziesięciosekundowy filmik, który nie ma nic wspólnego z rzeczywistą rozgrywką. Pokazuje kilka oklepanych trików oraz trzy strzały na krzyż, unikając przy tym prezentowania trybun z dwuwymiarowymi kibicami. Z drugiej strony przyznaję, że po sportówce rodem z EA nie spodziewałem się pod tym względem technologicznego majstersztyku.
O wiele lepiej sprawuje się menu. Na pierwszy rzut oka wygląda na przejrzyste i takie też jest w istocie. Warto w tym miejscu wspomnieć o trybach rozgrywki, jakie udostępnili nam twórcy. Do wyboru mamy garść turniejów, mecz towarzyski, karierę oraz ligi interaktywne. Pozwolę sobie pokrótce omówić dwie ostatnie opcje. W trybie menadżerskim tworzymy własny profil trenera, by już po chwili objąć rolę szkoleniowca ulubionej drużyny. Zmianą w stosunku do poprzedniej części FIFY jest fakt, że możemy sięgnąć od razu po drużyny z najwyższej półki, nie marnując czasu na rozgrywanie sezonów w słabszych klubach, udzielających się chociażby w polskiej Ekstraklasie. Prócz kontrolowania piłkarzy na boisku do naszych obowiązków należy także ustalanie kontraktów, kontakty z prasą, ćwiczenie umiejętności zawodników na treningu czy też przyglądanie się postępom juniorów. Szczerze mówiąc, nie lubię zajmować się tego typu „smaczkami” w grach zręcznościowych. Gdy zamierzam przekopywać się przez statystyki albo bawić w skauta, uruchamiam po prostu Football Managera.
Druga z opcji, którą należałoby przedstawić bliżej, to ligi interaktywne. Pod tą pokręconą nazwą kryje się po prostu multiplayer, który EA również na siłę urozmaiciło. W ramach zbliżenia się do realizmu programiści pozwolili nam na rozgrywanie pojedynków z udziałem naszych podopiecznych zgodnie z prawdziwym terminarzem spotkań. Sprowadza się to do tego, że w każdy weekend bierzemy udział w wirtualnym meczu. Podobnie czynią również inni kibice naszej drużyny, a wyniki wszystkich rozegranych przez internautów batalii są podliczane. Zwycięstwo przyznawane jest temu zespołowi, którego fani zwyciężyli więcej potyczek. Pomysł ciekawy, ale w momencie, gdy pomimo naszych wspaniałych wyczynów ukochany team i tak nie może wydostać się z ogona tabeli, idea zaczyna być denerwująca. Nasz wpływ na walkę o mistrzostwo jest w rzeczywistości tak mizerny, że o wiele lepszym i mniej stresogennym wyjściem jest skorzystanie ze zwykłego multi.
Dla porządku muszę jeszcze nadmienić, iż FIFA 07 umożliwia nam także kreowanie własnego turnieju oraz udział w Wyzwaniach, czyli swoistych misjach. Zadania te zmuszają nas z reguły do zdobycia kilku bramek w określonym limicie czasu, utrzymania czystego konta przez cały pojedynek albo odwróceniu niekorzystnego wyniku meczu na parę minut przed zakończeniem spotkania. Takie kuglarskie sztuczki widywaliśmy już w wielu produkcjach, ale miło, że i tutaj się pojawiły.
Mocną stroną najnowszej FIFY jest również licencja. Tym razem do dyspozycji dostajemy 27 lig z 20 krajów, co w sumie przekłada się na 510 zespołów. Entuzjastów polskiej piłki ucieszy zapewne wiadomość, że po raz kolejny możemy objąć kontrolę nad rodzimymi zespołami. Stroje Wisły, Legii czy Groclinu są oczywiście zgodne z realiami, to samo tyczy się nazwisk piłkarzy, ale już wygląd zawodników nie ma zbyt wiele wspólnego z rzeczywistością. Kopaczy z polskim paszportem, którzy są podobni do swych prawdziwych odpowiedników, możemy policzyć na palcach jednej ręki.
Wymienione wyżej bzdety nie mogą nam jednak przesłonić prawdziwego obrazu FIFY 07. Jak wiadomo, największy wpływ na to, jak postrzegamy sportówki ze stajni Electronic Arts, ma gameplay. Kierując się zdrowym rozsądkiem, w tym roku spodziewałem się kalki z poprzedniej odsłony wirtualnej łaciatej. I nie myliłem się. To, co oglądamy na boisku, jest bliźniaczo podobne do widoków, jakie zaserwowano nam dwanaście miesięcy temu. Aby dopatrzyć się jakichkolwiek zmian, trzeba mocno wytężyć wzrok. Tak też uczyniłem i ustaliłem kilka faktów. Po pierwsze: zmodyfikowano pracę bramkarzy. Ci mili panowie w grubych rękawicach nie są już tak pewni, jak kiedyś. Zdarza im się popełniać fatalne kiksy, spośród których najczęstszym przewinieniem jest odbijanie strzałów przed siebie – tuż pod nogi rozpędzonego napastnika. Potrafią również zaspać przy uderzeniu z kilkudziesięciu metrów oraz bezmyślnie sfaulować przeciwnika na własnym polu karnym. Na plus muszę jednak zaliczyć dopracowaną animację golkiperów, różniącą się diametralnie od ruchów pozostałych piłkarzy.
Gracze z pola zgodnie ze świecką mają problemy z prostą postawą, biegają sztywno i czasem zachowują się nienaturalnie. Dla odmiany dobrze idzie im wykonywanie zwodów (odpalanych gałką analogową), które są tyleż efektowne, co zupełnie zbędne, bo przebicie się przez linie obronne konsolowego rywala jest dziecinnie proste. O wiele gorzej jest ze strzałami. Przed premierą FIFY 07 EA obiecywało, że będziemy mieć większy wpływ na siłę i kierunek uderzenia, ale odniosłem wrażenie, że skończyło się jedynie na pustych słowach. Jedyną rzeczą, jaką jestem skłonny poprzeć w stu procentach, są stałe fragmenty gry. Wachlarz zagrań z rzutów wolnych jest naprawdę spory, a o atrakcyjności kornerów niech świadczy to, że dzięki nim możemy umieścić piłkę bezpośrednio w bramce, bez silenia się na dośrodkowania. Słabo z kolei działają wślizgi (stęskniłem się za brutalnymi wejściami, które lansowano niegdyś m.in. w Euro 2000), nie wspominając już o nużącej schematyczności. Co prawda strzelenie kilku takich samych bramek w jednym spotkaniu jest zjawiskiem nader rzadkim, jednak opracowanie sprawdzonych sposobów na rozmontowanie defensywy rywala nie nastręcza wielu problemów.
Pozytywnie wypada za to praca sędziów. Arbiter główny wyposażony został w nowy gwizdek, za co jeszcze nie należą się oklaski, ale już za inteligentne używanie przywileju korzyści oraz wychwytywanie fauli – owszem. Wzorem PES-a na ekranie widzimy znaczki, które informują nas o decyzji sędziego puszczającego grę, dzięki czemu możemy bezstresowo kontynuować dobrze zapowiadającą się szarżę na twierdzę oponenta. Cieszy mnie również to, że fizyka nowej FIFY jest na tyle szczegółowa, iż pozwala arbitrom zauważać nawet nieprzepisowe zagrania ręką. Absurdalne z kolei są dla mnie poziomy trudności rozgrywki. W zasadzie można skupić się tylko na najwyższym z nich, gdyż pozostałe prezentują tak żałosną wartość, że warto uruchamiać je jedynie przy wyłączonym telewizorze. Nie trzeba tu być wybitnym graczem, o nie! „Elektronicy” udowodnili wszakże, że upraszczanie wychodzi im całkiem dobrze.
Teraz parę słów o grafice, muzyce i spolszczeniu. Oprawa wizualna nie zapewni nikomu ekscytujących doznań. Świadomy ograniczonych możliwości PS2 wolałbym raczej widoki z FIFY Street 2, aniżeli wciskanie mi po raz kolejny tych samych stadionów, niezmiennie sztucznych twarzy zawodników oraz murawy, przypominającej swym wyglądem kartoflisko. Jedynym efektem, jaki przypadł mi do gustu, są rozmycia, eksponowane szczególnie w cutscenkach. Poza tym wszystko przeniesiono żywcem z FIFY 06, która to z kolei dziedziczyła oprawę po swojej poprzedniczce… Czas na zmiany, panowie.
W tym roku zaskakująco dobrze wypadła ścieżka dźwiękowa. Specjalnie na potrzeby FIFY 07 EA Sports wykosztowało się na 40 łatwo wpadających w ucho piosenek, reprezentujących zarówno muzykę elektroniczną, jak i rocka oraz wszelakie odmiany popu z niemal wszystkich kontynentów. Doskonały ślad pozostawiają po sobie również kibicowskie przyśpiewki. Wirtualni fani swym zaangażowaniem i chęcią do świętowania nie ustępują rzeczywistym wyznawcom piłki nożnej. O dziwo, nie zdołował mnie nawet polski komentarz w wykonaniu Dariusza Szpakowskiego i Włodzimierza Szaranowicza. Ten pierwszy wyeliminował ze swoich kwestii część wpadek, a jego głos ma odpowiedni ton i jest całkiem nieźle zsynchronizowany z tym, co w danej chwili widzimy na boisku. Partner „Szpaka” mógłby tutaj w ogóle nie istnieć, bo gdy już dorzuca swoje trzy grosze, zazwyczaj są to nieciekawe kwiatki w stylu: „Nie wyszedł mu ten strzał. Teraz kręci głową – mam nadzieję, że nie skręci sobie karku.” Kończąc wątek technikaliów, przydatną opcją jest przenoszenie save’ów pomiędzy PS2 a PSP. Chroni nas to przed nadmiernym eksploatowaniem miejsca na karcie pamięci.
W ogólnym rozrachunku FIFA 07 jest pozycją stosunkowo grywalną. Problem jak zwykle tkwi w tym, że produkt znowu nie wnosi do serii zbyt wiele nowego, a w obliczu starcia z sagą Pro Evo wypada blado, szczególnie na konsolach. Najnowsze dziecko EA Sports mogę więc polecić jedynie zagorzałym wielbicielom gier ze stajni amerykańskiego giganta. Myślę, że jeszcze kilka lat, a programistom na pewno uda się osiągnąć poziom konkurencji, czego bardzo bym sobie życzył.
+ Plusy
- licencja
- stałe fragmenty gry
- niezły komentarz
- Minusy
- schematyczność
- przestarzała grafika
- przekombinowane tryby gry