„Przygodówki umierają”. Ileż to razy zdarzyło mi się słyszeć podobny banał, który tak ma się do rzeczywistości, jak bajki o budowie nowych autostrad w IV RP czy plotki o kolejnym zamążpójściu Mandaryny. Obecny stan gatunku adventure nie jest jeszcze tak fatalny, jak zwykły o tym trąbić media. Każdego miesiąca ukazuje się po kilka gier ubóstwianego przez fanów myślenia genre, z których to spora część zbiera naprawdę wysokie noty w rodzimej i zagranicznej prasie. Jedną z takich produkcji może stać się również Broken Sword: The Angel of Death, czyli czwarta odsłona przygód sympatycznego George’a Stobbarta.
Choć samej serii „złamanego miecza” nie zaliczałem nigdy do przygodówkowej czołówki, uczciwie przyznaję, że niektóre jej części (szczególnie pierwsza i druga) rzeczywiście aspirowały do stania się symbolami gatunku, tak jak: Najdłuższa Podróż, Syberia czy - w zamierzchłych czasach - pozycje z logiem LucasArts albo Sierry. W związku z niedawną premierą gry Broken Sword: Anioł Śmierci postanowiłem sobie nieco powspominać i przedstawić Wam historię poszczególnych dzieł ze stajni Revolution Software, chcąc w ten sposób niejako udowodnić, że wszystkie one miały pewien wpływ na rozwój gatunku.
Wszystko zaczęło się jeszcze na długo przed powstaniem pierwszej odsłony cyklu - The Shadow of the Templars. W latach poprzedzających rok 1996 studio Revolution po cichutku pracowało sobie nad dwoma projektami – grą Lure of the Temptress oraz nie mniej ambitnym Beneath a Steel Sky. Po niewątpliwym sukcesie obu projektów zespół tworzących je programistów zyskał sobie solidne zaplecze finansowe do rozpoczęcia prac nad kolejnym dziełem. Tytułem tym stał się właśnie Broken Sword. Fabuła gry przeniosła nas do współczesnego Paryża, w którym to jako George Stobbart staliśmy się przypadkowym świadkiem wybuchu bomby. W efekcie eksplozji, która miała miejsce w jednej z miejscowych kawiarni, zginął mężczyzna nazwiskiem Plantard. Jak się później okazało, denat nie był tak do końca niewinną ofiarą, gdyż skrywał w swym sumieniu wiele mrocznych tajemnic. Nasz bohater (zapewne z czystej, turystycznej ciekawości) postanowił odkryć te sekrety, a rozmaite tropy zaprowadziły go do tak rozmaitych lokacji, jak Hiszpania, Irlandia czy Syria. Warto również nadmienić, iż George’owi udało się przenieść w czasie i zlustrować członków Zakonu Templariuszy, którzy gnieździli się na europejskich ziemiach we wczesnym średniowieczu. Trzeba więc stwierdzić, że fabuła Broken Sworda była co najmniej zakręcona, ale jednocześnie ujmująca i na swój sposób także wciągająca. Za sprawą niezłej (jak na tamte czasy) oprawy audiowizualnej gra zapewniła sobie ponadto spore grono zwolenników nawet wśród wielbicieli innych typów rozrywki.
W nieco ponad rok później na rynku ukazał się sequel BS-a, noszący podtytuł The Smoking Mirror. Gra ta urzekła nas jeszcze piękniejszą (rzecz jasna ręcznie rysowaną) grafiką, a także licznymi, z reguły dość trudnymi zagadkami. Całość podlano wysublimowanym humorem oraz obecnością charyzmatycznych postaci. Tym razem do rozwikłania skomplikowanych łamigłówek George otrzymał inteligentną pomocniczkę – francuską dziennikarkę o imieniu Nico. Bez jej pomocy zapewne sam nie wpadłby na większość rozwiązań i rozgrywka trwałaby o wiele dłużej niż przepisowe 60(!) godzin. Mówiąc o Broken Swordzie II, warto wspomnieć także o miłej dla ucha, dwugodzinnej ścieżce dźwiękowej, skomponowanej przez Barringtona Phelounga.
Miodność wylewająca się z The Smoking Mirror zainspirowała fanów serii do wyręczenia programistów z ekipy Revolution. Grupa najbardziej zapalonych graczy na własną rękę zamierza stworzyć alternatywną edycję perypetii Stobbarta, ukrywając ją pod nazwą Broken Sword 2,5: The Return of the Templars. Gra ta również zostanie wykonana w 2D, a nad jej warstwą merytoryczną czuwać będzie amatorskie studio Mind Factory.
Najwięcej kontrowersji w całej, ponad dziesięcioletniej historii „złamanego miecza” wzbudziła trzecia część sagi – The Sleeping Dragon. Autorzy gry, idąc z duchem czasu, zdecydowali się na przeniesienie jej w trójwymiar, co fani przyjęli z… umiarkowanym optymizmem. Choć produkcja sprzedała się przyzwoicie (inaczej zapewne nigdy nie ujrzelibyśmy „czwórki”), została zmiażdżona przez wielu krytyków ze względu na nierówny poziom zagadek oraz znienawidzone przez ortodoksyjnych fanów przygodówek elementy zręcznościowe. Nie pomógł jej również fakt, że ukazała się na konsolach – PlayStation 2 oraz Xboksie. Pomimo niewątpliwego humoru, w jaki obfitowała fabuła produktu, dzieło Revolution utwierdziło nas w przekonaniu, że seria zmierza w stronę kontrowersyjności. Jedni będą kochać ją za rzeczy, które ubóstwiali już od premiery pierwszej części, a inni znienawidzą jej twórców za to, że zdecydowali się na techniczną rewolucję.
The Angel of Death jest już inną bajką. To właściwie projekt, który ma przed sobą tylko jeden cel. Jego zadaniem jest przywrócić uznanej sadze dawny blask. Aby przyciągnąć graczy do nowego Broken Sworda, George Stobbart będzie musiał wykorzystać swoją inteligencję, przyjemny wygląd i nader cięty dowcip, a to i tak nie jest jeszcze gwarantem sukcesu. Miejmy nadzieję, że tym razem deweloperzy zrezygnują z nietrafionych pomysłów i skupią się na warstwie fabularnej gry, a także zagadkach, które wciągną nas na kilka długich, zimowych wieczorów. Oby Anioł Śmierci nie okazał się dla studia Revolution gwoździem do trumny…